Rolnik szuka pytona

Rolnik szuka pytona

Jestem na przymusowym urlopie (pomimo „pilnej potrzeby” pracodawcy przeniesienia mnie na nowe stanowisko pracy), więc robię rzeczy, o których wcześniej nie pomyślałabym nawet, że mogłabym robić. Jedną z nich jest bezrefleksyjne oglądanie telewizji. Buszując po kanałach, nie sposób nie natknąć się na różne trudne sekrety rodziny, inne sprawy czy ukryte coś-tam.

Ponieważ świat przedstawiony w tych programach jest dla mnie egzotyczny, zdarza się, że śledzę fragmenty akcji z rozdziawioną gębą. Na przykład, kiedy osiemnastoletnia dziewczyna rozmawia z chłopakiem o tym, że widziała swoją babkę dorabiającą w domu publicznym. Jakiż problem z tego odkrycia wynika? Pannica się zastanawia, czy mówić o tym rodzicom. „Zawsze miałam doskonałe relacje z babcią i boję się, że to się popsuje” – tak stawia sprawę, a chłopak przyjmuje argument za dobrą monetę. Jeżeli nie dziwi nas rodzona babka w burdelu, to czy jeszcze cokolwiek może nas zaskoczyć?

Programy, o których wyżej, podobno podnoszą oglądalność. Socjologowie być może wiedzą, kto tu spełnia czyje oczekiwania: stacja telewizyjna robi program o „zwykłych ludziach”, bo jest ich wielu i żyją tak, jak o tym opowiada kamera, czy „zwykły człowiek” rośnie we własnych oczach, bo nagle „trudne sprawy”, do niedawna wstydliwe, pokazują się jednocześnie na milionach ekranów telewizyjnych.

Nadawca komunikatu zakłada, że odbiorca jest bezmyślny i leniwy

Kłamstwo powtarzane wielokrotnie podobno można wtłoczyć ludziom do głów i sprawić, że będzie udawało prawdę. Rolnik szuka pytonaBabka w burdelu, odpowiednio „zrobiona” w telewizji, może przestać gorszyć. Warunek: nadawca komunikatu zakłada, że odbiorca jest bezmyślny i leniwy. Niestety mam wrażenie, że posłowie, wmawiając nam, że „coś dla nas załatwili”, burmistrzowie, którzy ciągle nam coś dają i dokądś zapraszają, szefowie, którzy podpisują się pod sporządzonymi przez nas dokumentami – codziennie witają się z babką, którą scenarzysta dla podniesienia oglądalności programu, wysłał do burdelu.

Kiedy napisałam o wydatkach na promocję jednostek samorządowych, zapisanych w uchwale budżetowej w dość karkołomny sposób, odezwał się pracownik Wydziału Promocji, zarzucając mi niewiedzę, złą wolę etc., ponieważ on – grzmiał w słuchawce – „zrobił dla promocji więcej niż „Tygodnik Sanocki” i SDK razem wzięte, w dodatku – zrobił to za darmo, a zaoszczędzone środki mogą być przeznaczone na teatr uliczny”. Pięknie, mówię, ale twój szef, kolego, nie zadbał o to, żeby dać światu szansę, by ten o twoich wysiłkach i poświęceniu usłyszał.

Poseł ziemi sanockiej

Poseł ziemi sanockiej wielokrotnie w rozmowie ze mną używał określenia „ogrzać się przy czymś”. To „coś” to na przykład przekazanie sprzętu dla strażaków z puli ministerstwa sprawiedliwości – burmistrz Pióro, chcąc niezwłocznie dary przekazać, zrobił to na Sali Herbowej. Zaprosił dziennikarzy, wszystko odbyło się sprawnie, relacje wskoczyły na portale. Nie było posła podczas konferencji, burmistrz o pośle nie wspomniał , jednak rzetelna – według posła – relacja powinna właśnie z niego uczynić ważne ogniwo w całej tej sprawie. Jechałam autem, poseł grzmiał poprzez zestaw głośno mówiący, moi pasażerowie otwierali buzie i zamierali – jak ja na widok babki w domu lubieżnych uciech.

Źle pojmuje interes firmy szef, który upycha w medialny niebyt kreatywnego pracownika, przywłaszczając sobie jego pomysły. Szef kwitnie, gdy otacza go mądra, dowartościowana ekipa. Marnie wygląda – czy to burmistrz, czy prezes – gdy wokoło niego tłoczy się rój miernych, choć wiernych. Ciemna, lepka masa.
„Koń, jaki jest, każdy widzi” – głosi genialna w swej prostocie definicja sformułowana w XVIII wieku przez księdza Benedykta Chmielowskiego.
Kłamstwo, powtarzane tysiąc razy – nie przestaje być kłamstwem.

4 komentarze

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *