Litografie Jana Lebensteina na wystawie w sanockim zamku

Litografie Jana Lebensteina na wystawie w sanockim zamku

Czworonożne marzenie, skamieniały bieg, pani domu i inne. Litografie Jana Lebensteina na wystawie w sanockim zamku

Od piątku 27 lipca w sanockim zamku można oglądać wystawę litografii Jana Lebensteina, udostępnionych przez paryską Galerię Roi Doré. Wernisaż rozpoczął się  na piętrze, w Galerii Zdzisława Beksińskiego, a ekspozycję przygotowano piętro wyżej, w sali wystawowej.

Chociaż Galeria Roi Doré w swojej siedzibie w Paryżu prezentuje prace artystów współczesnych, przede wszystkim polskiego pochodzenia, mieszkających i tworzących we Francji – takich jak Jan Lebenstein – zrobiła wyjątek, pokazując na przełomie 2017/2018 kilkanaście obrazów, rysunki i fotografie Zdzisława Beksińskiego, który artystą emigracyjnym z całą pewnością nie był. Wystawa nosiła tytuł „Beksiński – In hoc signo vinces”, a zbiory pochodziły z prywatnej kolekcji. Pod tym samym tytułem wystawa – tym razem dwudziestu obrazów, blisko trzydziestu zdjęć i trzydziestu rysunków, w większości z kolekcji Anny i Piotra Dmochowskich – trafiła do Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, gdzie można ją oglądać jeszcze do 30 września.

Beksiński jako kurator

„Nie wiem, czy Beksiński kiedykolwiek pomyślał, że w galerii jego imienia będziemy otwierać wystawę prac Jana Lebensteina” – mówił podczas wernisażu dyrektor Muzeum Historycznego Wiesław Banach. Dodał, że gdyby na noc w nowym zamkowym skrzydle zostawić zapalone światło, to może Beksiński i Lebenstein spotkaliby się wreszcie. Za życia takiej okazji nie mieli.
Dość, że nie byłoby w Sanoku Jana Lebensteina, gdyby wcześniej obrazy Zdzisława Beksińskiego nie trafiły do Paryża, a następnie do Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. Ta peregrynacja spowodowała, że mogli się ze sobą porozumieć Wiesław Banach i, obecny na wernisażu w Sanoku, Józef Rudek, szef Galerii Roi Doré.

Lebenstein o sztuce

Goście piątkowego spotkania na zamku obejrzeli film dokumentalny z 1999 r., zrealizowany przez Andrzeja Wolskiego dla TV Arte, zatytułowany „Jan Lebenstein – dziennik samotnika”. Wstępna sekwencja pokazuje młodego Lebensteina i kilka ujęć Warszawy. O powojennym życiu w Polsce malarz mówi, że ono było „mocno paskudne”. Potem już kamera śledzi artystę w jego pracowni w Paryżu i podczas spacerów nad Sekwaną. Słyszymy od paryskiego samotnika krytyczne słowa pod adresem powojennej polskiej sztuki, która, wchodząc w buty awangardy francuskiej z początku XX wieku, puszyła się wyważaniem drzwi dawno otwartych.
Jan Lebenstein opowiada o obrazach, mówi, że świat na nich przedstawiony jest przetworzony, nie – odbity. Że jest to też świat inspirowany. Że płaszczyzna płótna, aby mieć nośność poetycką, musi stanowić przestrzeń uporządkowaną, że malowanie jest kreowaniem przestrzeni i światła.
„Są ludzie, którzy nie mają wyczucia, co to jest sztuka” – słyszymy.  A jednak.  Nie wszystkim dana, nie przez wszystkich rozumiana, nie jest tylko samym konceptem lub modnym kaprysem.
Jana Lebensteina zachwycały starożytne rzeźby sumeryjskie i babilońskie. „Wiele tam było demonów” – mówił. Owa demoniczność pojawia się już w „Figurach osiowych”, które powstały w Polsce, w czasach, kiedy malarz związał się z Teatrem na Tarczyńskiej, prowadzonym w warszawskim mieszkaniu Mirona Białoszewskiego; tam zorganizowano Lebensteinowi pierwszą indywidualną wystawę jego prac.

Być sobą to wyzwanie

Jan Lebenstein urodził się w Brześciu Litewskim w roku 1930. Studiował w Warszawie, pozostając pod artystyczną opieką Artura Nacht-Samborskiego. Do Francji przeniósł się po zdobyciu Grand Prix na Międzynarodowym Biennale Malarstwa Młodych w Paryżu w 1959 r. Zmarł w Krakowie w r. 1999.
Beksiński i Lebenstein nie mają ze sobą wiele wspólnego. Żyli gdzie indziej, inne były ich doświadczenia, różne konfrontacje; Lebenstein mieszkał we Francji, podróżując stamtąd do miejsc dla światowej sztuki najważniejszych, Beksiński jeśli nie musiał, to nie wychodził z pracowni na warszawskim Ursynowie.
Inne też dla obu twórców rysują się konteksty. Lebensteina zestawia się z Goyą (Czapski), z Witkacym, Schulzem. „Jego fantasmagorie były generowane dwiema apokalipsami. Tą przeżytą w 1939 roku i tą według św. Jana. Malując je, stał się w sposób niezamierzony epigonem Dürera i Boscha” – pisano w mediach po wystawie w Muzeum Narodowym we Wrocławiu w 2014 r.
Na pewno Beksiński podpisałby się pod zdaniem, wypowiedzianym przez Lebensteina w filmie Andrzeja Wolskiego: że być sobą to wyzwanie, które wymaga dużego wysiłku.

Jakbym słyszał Szubera

Kiedy, jadąc windą na najwyższe piętro, zachwycaliśmy się filmowym Lebensteinem, dyrektor Banach westchnął: „Jakbym słyszał zdania, wypowiadane przez Janusza Szubera…”
Lebenstein w historii polskiej kultury powinien się zapisać nie tylko jako malarz, ale także jako wybitny ilustrator. Ilustrował dzieła wybitnych mistrzów pióra, takich jak Mikołaj Sęp Sarzyński, Witold Gombrowicz, Miron Białoszewski, Zbigniew Herbert, Aleksander Wat i Czesław Miłosz, a to postacie Januszowi Szuberowi, poecie z Sanoka, wyjątkowo bliskie. Dyskutując o sztuce, Jan Lebenstein i Janusz Szuber pewnie doszliby do porozumienia.

Gdyby dyrektor Banach zostawił zapalone światło w Galerii Beksińskiego, mógłby tam nocą wpaść na pogaduchy ze swoim zdolnym uczniem profesor Nacht-Samborski, którego prace prezentowano 9 lat temu w tym samym miejscu, gdzie teraz wiszą „Czworonożne marzenie”, „Skamieniały bieg”, „Trojka”, „Pani domu” i inne litografie Lebensteina. Szkoda, że nie ma wśród nich litografii ilustrujących „Folwark zwierzęcy”. Tę lekturę, z ponurą pointą, zobrazowaną genialnie przez Lebensteina: „Prawie niemożliwym było odróżnić człowieka od świni” warto by było dziś mieć pod ręką na nocnym stoliku.

msw

3 komentarze

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *